Kiedy bloger umiera


My, blogerzy, jesteśmy młodzi. Nie jako jednostki, ale jako społeczność. I, jak przystało na młodych, chcemy wierzyć. Uwierzyliśmy Tomkowi, że jesteśmy przyszłością. Michałowi, że nie musimy być biedni. Konradowi, że możemy być szlachetni. Uwierzyliśmy w wiele rzeczy, więc nie ma nic dziwnego w tym, że uwierzyliśmy w swoją nieśmiertelność.
A potem jedno z nas odeszło.

Nie wiem, co myśleć. Właściwie nawet nie wiem, czemu o tym myślę. To w pewien sposób mój największy problem z XXI wiekiem. Czytamy się nawzajem, obserwujemy, followujemy. Ale w którym momencie się do siebie zbliżamy? Kiedy stajemy się kolegami, a kiedy przyjaciółmi? Gdy spotykamy się po raz pierwszy na jakimś evencie, to czy już się znamy? Przecież internet skutecznie skrócił dystans między nami.

Nigdy nie poznałem Martyny. Troszkę znałem jej bloga. Mimo to, kiedy dotarła do mnie informacja o jej śmierci, byłem w szoku, co wprawiło mnie w kolejny szok, bo śmierć, zazwyczaj, nie robi na mnie wrażenia. Jeśli nie dotyczy mojego bezpośredniego otoczenia, to czym miałbym się przejmować. Odchodzi muzyk, aktor czy najukochańszy nawet pisarz? No ok. Młody człowiek? Śmierć nie wybiera.
Ale bloger?

Nie była to pierwsza śmierć w blogosferze. Niestety, nie była to też ostatnia. Ale gwarantuję wam, że nieprędko się do tego przyzwyczaimy. Właśnie dlatego, że jesteśmy młodzi. I dlatego, że jesteśmy społecznością. Nie jesteśmy wielką firmą, w której śmierć przechodzi bez echa, a miejsce jednej osoby zaraz zajmie kolejna. Jesteśmy wyjątkowi. Mamy w planach być pierwszymi ludźmi, którzy, na taką skalę, żyją z tego, że są fajni. Mamy kreować opinie. Mamy zmieniać świat. I to wszystko nam się powoli udaje. Być może właśnie dlatego, że jesteśmy młodzi i naiwni.
A mimo to umieramy.

Gdyby umarł członek jakiejś redakcji, dostałby nekrolog i stypę, delegację na pogrzebie, a kolejnego dnia ktoś inny przejąłby jego obowiązki.
Kiedy umarła Maddy, dowiedzieliśmy się o tym po tygodniu.
Jak powinniśmy ją pożegnać? Publikując wirtualne znicze na naszych wirtualnych ścianach? Te, które tyle razy wyśmialiśmy? Czy nie reagować wcale? Nauczyliśmy się cieszyć z sukcesów. Z narodzin kolejnych dzieci w blogosferze. Z zawieranych ślubów. A teraz, jak przystało na rodzinę, powinniśmy nauczyć się razem smucić.

Dowiedzieliśmy się o tym z wpisu na blogu.
Tuż obok pozytywnych, choć w żaden sposób nie ponadczasowych treści, obok stylizacji, szamponów i pomadek, pojawia się jeden akapit. Krótki, lakoniczny wręcz akapit, który mocą jest zbliżony do przypisywanego Hemingwayowi krótkiego opowiadania o bucikach.

Published by Maddy

Jest to ostatni wpis na blogu. Maddy już z nami nie ma. Odeszła nad ranem, w ubiegły wtorek, w szpitalu. Dziękuję wszystkim za wsparcie. #thetwoofus przestało istnieć”.

Poziom abstrakcji tego “Published by Maddy” jest dla mnie nie do ogarnięcia. Piszemy, publikujemy, nie zastanawiamy się nad tym, co będzie, kiedy nas nie będzie. Jaki będzie nasz ostatni wpis na blogu? Czy chcemy, żeby ten blog został? Czy powinien zostać z miejsca wyłączony? Czy ktoś powinien go kontynuować, czy jednak blog to tylko my i powinien odejść razem z nami?

Podobno to, co wrzucimy do internetu, nigdy nie ginie. W przeciwieństwie do nas niestety. Nie mam nic przeciwko temu, aby mój profil na Facebooku co roku straszył moich znajomych przypomnieniem o moich urodzinach.
Ale czy chciałbym, żeby ktoś wchodził i czytał teksty sprzed kilku lat? Może komentował je, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że mnie już nie ma?
Nie wiem. Założę się, że wy też nie wiecie. A powinniśmy wiedzieć.

Najszczersze wyrazy współczucia dla bliskich Martyny.
Jesteśmy z wami.