(nie)Dyskretny urok laktacji


Widziałem dzisiaj krowę.
Nie zaskoczyło mnie to. Widywałem dziwniejsze zwierzęta.
Widziałem, jak karmiła swoje młode.
Wciąż nie byłem specjalnie zaskoczony, bo 10 lat swojego życia spędziłem na wsi i widziałem niejedno karmienie.
Krowa siedziała w knajpie. Właściwie w przyknajpianym ogródku, bo dzień był wyjątkowo ciepły.
I to mnie zaskoczyło, ale tylko troszkę, bo zaczynam się do tego widoku powoli przyzwyczajać.

Żebyście sobie to wszyscy dobrze zwizualizowali. Jest upalny dzień, starówka, tłumy niezbyt tłumne, ogródki poobsadzane do połowy, największa kolejka przy lodach naprzeciw. 
Rozparta na krześle siedzi dumna ona. Matka Polka karmiąca z wielką piersią na wierzchu, powiedziałbym, gdybym był malarzem uwieczniającym tę uroczą scenkę na płótnie... Na rękach trzyma dziecko, do którego ust usilnie próbuje trafić wielkim nabrzmiałym sutkiem. Dobra, wiem, że to spiczaste na końcu to nie sutek. Najwłaściwsze w tym wypadku byłoby chyba jednak wymię. Bardzo możliwe, że trafiłaby już dawno, gdyby się skupiła i chociaż raz spojrzała na dziecko, ale ona patrzy na kelnerkę, u której próbuje coś zamówić. Kelnerka może już dawno przyjęłaby zamówienie, gdyby nie hipnotyzujące wymię, od którego nie mogła oderwać wzroku. Kiedy sutek w końcu ląduje w mordce małego, zaraz z niego wylatuje. I znowu z niego wylatuje. Cały czas wylatuje, ale matka usilnie próbuje. Zupełnie jakby malec wcale nie był głodny (płeć męską zakładam po niebieskim kolorze becika, ale oczywiście mogę się mylić) albo jakby głupio byłoby mu jeść w ten sposób. To, że w pewnym momencie mu się ulało też niczego nie wyjaśnia, bo nie jestem pewien, czy to z przesytu, czy rzygnął zniesmaczony zachowaniem matki. Jemu wolno. Reszta z nas musiała się powstrzymać, bo dorosłym ludziom nie wypada.

Czyli jestem świnią, która uważa, że nie powinna karmić w miejscu publicznym. Albo mogłaby chociaż wyjść do łazienki.
Nie, bo wcale tak nie uważam. Też nie chciałbym jeść w kiblu.
Jasne, moim zdaniem mogłaby się wydoić w domu i nakarmić dziecko z butelki. Jeśli z jakiegoś powodu nie jest to dobre rozwiązanie, a myśl tę dopuszczam, albo najzwyczajniej w świecie nie mogła, to dlaczego się chociaż nie osłoni? Nie ma jakichś specjalnych chust? Albo niespecjalnych ścierek? Poduszki z krzesełka obok nie można wziąć? Ściągnąć trochę obrus ze stolika? Usiąść w dyskretniejszym miejscu?

Nie! Bo oto jestem ja, Matka, Święta Krowa, karmiąca mojego Cielca Złotego. Patrzcie wszyscy, karmię tak, bo mogę, a ty spróbuj zwrócić mi uwagę, to urwę ci jaja, bo jesteś szowinistyczną świnią.

No przepraszam, ale ja nie widzę różnicy pomiędzy ciałem matki karmiącej a ciałem innej kobiety. Pierś pozostaje piersią, nie zmienia się magicznie w butelkę ze smoczkiem, a kobieta pozostaje kobietą. Tak jak dziecko pozostaje człowiekiem, nawet jeśli jest w tym upokarzającym stadium gaworzenia, picia z matki i robienia w majty.

Może jakąś odpowiedzią na pytanie, dlaczego kobiety, które, według wszelkich statystyk, do tej pory wstydziły się pokazać mężowi nago przy zapalonym świetle, a teraz tak radośnie machają cyckami, jest duma.
Jestem w stanie zrozumieć, że są na świecie kobiety, dla których powicie i wykarmienie potomstwa jest szczytowym osiągnięciem, z którego należy być dumnym. Że nawet należy w tym celu stworzyć hashtag #mojeciałopodarowało i wrzucać do sieci swoje zdjęcie z dzieckiem przy cycu i skrupulatnie wyliczonym wydojonym litrażem. Że to, co powinno pozostać urokiem domowego zacisza, budowaniem rodzinnej więzi, zostaje sprowadzone do publicznej czynności fizjologicznej. Uważam to za lekką przesadę (i bardzo cieszę się, że mój mózg nie zmieni myślenia, utopiony w poporodowej bombie hormonalnej), ale naprawdę byłbym w stanie to zrozumieć.
Tylko to wcale nie dotyczy jedynie karmienia.

Jest wiele rzeczy, których dorosłym nie wypada, ale świętym krowom i ich złotym cielcom już jak najbardziej wolno. Dorosły człowiek na przykład nie może załatwić się na środku parku albo plaży. Właściwie nawet pies nie może załatwić się na środku parku albo plaży. Ale hej, dziecko? Wysikajmy dziecko w miejscu publicznym, przecież nie będziemy dziecku kazać trzymać. Ostatnio widziałem dziewczynkę, która wyszła z kościoła (zupełnie samodzielnie, więc zakładam, że jest całkiem dorosłą dziewczynką, na moje oko pięcio-, sześcioletnią, ale nie dam sobie ręki uciąć, bo dziecko to dziecko i dopóki nie może zrobić prawa jazdy i kupić alkoholu, to niespecjalnie mnie interesuje), zdjęła majtki i wysikała się za rosnącym na pobliskim trawniku drzewem. Nie, żebym specjalnie się dziwił, bo wizyta w kościele także we mnie wywołuje różne, wręcz fizjologiczne reakcje, ale ja jednak jakimś, nomen omen, cudem się powstrzymuję. Ktoś ją tego nauczył. Ktoś jej pokazał, że może lać na trawę, więc leje.

Czy nazywanie karmiącej kobiety krową to przesada? Pewnie tak, ale nie w przypadku kiedy na własne życzenie redukuje się do roli samobieżnej cysterny z mlekiem. Naprawdę, widziałem zwierzęta, które wiedzą lepiej, jak się zachować. Na przykład pandę, która karmiąc dziecko, próbuje zasłonić je przed wzrokiem ludzi. Masz, obejrzyj ten film i zastanów się, czy przypadkiem ta niedźwiedziowata nie ma w sobie więcej kultury niż niektóre człowiekowate.