I dużą kawę do tego


Nie jestem baristą. Nie jestem też wyjątkowym smakoszem o ultraczułych kubkach smakowych. Swoje jednak o kawie wiem. Są dokładnie trzy rzeczy, których jestem co do kawy pewien.
1. Kocham kawę.
2. Nie mógłbym żyć bez kawy.
3. Wszyscy goście uwielbiają moją kawę.
Jeśli to nie są wystarczające powody, żeby zaprosić was na wpis poświęcony kawie, to nie wiem, jakie mogą być.

KAWA W DOMU

Najważniejsza jest ta pierwsza. Może nie sprawdza się w to stosunku do kobiet, ale jeśli chodzi o kawę, jest pewnikiem. Najważniejsza jest ta pierwsza w ciągu dnia.
U nas ma w sobie coś z, wybaczcie tak duże słowo, rytuału. Niezależnie, czy się spieszymy, czy wychodzimy z domu osobno, czy to weekend i możemy się wylegiwać, staramy się zawsze wypić razem kawę. Koniecznie w spokoju, a nie w biegu. Nawet kosztem paru bezcennych minut snu.
Codziennie budzi mnie ten sam, dobiegający z kuchni dźwięk - żarna młynka mielącego kawę. To K zawsze parzy tę pierwszą kawę. Nigdy się na to nie umawialiśmy, ale tak jakoś wyszło.


Kawę w domu przyrządzamy dwoma sposobami, w makinetce lub francuskiej prasce.

Makinetka, potocznie zwana kawiarką, to chyba najlepszy sposób parzenia kawy w domu, jeśli nie chcesz wydawać tysięcy na ekspresy ciśnieniowe. Daje genialne espresso. Tylko tyle i aż tyle, bo na bazie espresso buduje się większość pijanych na świecie kaw. Przedłużasz espresso wodą i masz americano. Zalej je spienionym mlekiem i wypij caffè latte lub odwróć proporcje i ciesz się latte macchiato. Połóż na espresso odrobinę (mniejszą lub większą) bitej śmietany i napij się genialnej con panna. Możliwości są nieskończone. Jej jedyną wadą jest ograniczona pojemność, więc nie sprawdza się, kiedy spodziewamy się większej ilości gości.

Praska francuska, często nazywana bodumem lub przeciskarką, nadaje się wtedy wyśmienicie. Mielisz kawę, zalewasz ją gorącą (nie wrzącą) wodą, wyciskasz po minucie i cieszysz siebie i gości dzbankiem świetnej kawy. Łatwiej się nie da.

KAWA W PRACY

Tutaj krótko. Bez kawy w pracy ani rusz, ma przede wszystkim dać kopa, poetyckość spada na dalszy plan, jednak to nie powód, żeby pić byle co. Na zalewajki się nie zgodzę, nie mam możliwości parzyć jej tak jak w domu i nie opłaca mi się inwestować w drogi ekspres w miejscu, w którym spędzam 10 h tygodniowo. Mamy w biurze ekspres na kapsułki i jest to całkiem dobre rozwiązanie. Ekspres jest relatywnie tani, kawa relatywnie dobra, parzy się szybko i nie robi się przy tym bałaganu. Jedyny problem to ustalenie, kto w biurze wypija najwięcej kawy i czyja kolej kupić tym razem kapsułki. Na pewno nie moja, więc staram się przywieźć coś ze sobą. Z domu lub z miasta.

KAWA NA MIEŚCIE


Z kawą na wynos w Olsztynie problem był odkąd pamiętam. Jeszcze parę lat temu ze świecą można było szukać fajnej kawiarni. Jeśli chciało się wypić dobrą kawę na mieście, do wyboru był McDonalds i długo długo nic. Ekipą po kawę do maczka obok straży i biegiem do parku, żeby usiąść nad Łyną zanim wystygnie, było moją stałą wiosenno-letnią rutyną. A ja nigdy nie narzekałem, bo 100% arabicę od nich darzę szacunkiem równym co lody i McRoyala. Cenię sobie to, że mogę w dowolnym mieście albo będąc w trasie zajść po kawę i być pewnym, za co płacę - porcję świeżo zmielonej i aromatycznej kawy w naprawdę niezłym wydaniu. Dlatego teraz tak cieszą mnie McCafè pojawiające się w całej Polsce. Oferta kaw się poszerzyła (zdradzam czarną z Orange Mocha i nawet nie jest mi głupio) i wreszcie można nie tylko chwycić kubek na drogę czy w celu pospiesznego przeniesienia się w jakąś urokliwą miejscówkę w plenerze, ale też na spokojnie usiąść na dłuższą lub krótszą chwilę, w fajnym kawowym kąciku, napić się z porządnej filiżanki i poprawić ciastkiem.
Ja to szanuję.

Bo kawę trzeba szanować.
Tak jak wodę i powietrze.
To trzy podstawowe składniki, bez których życie na Ziemi nie byłoby w ogóle możliwe.

Wpis powstał w ramach współpracy z McDonald’s