Jak zaciągnąć dziewczynę do łóżka


Co ma od 17 do 31 cm, jest zrobione z tworzywa sztucznego, zazwyczaj jest czarne i służy sprawianiu przyjemności?

Oczywiście, że winylowa płyta. Odpowiedź dildo byłaby pewnie punktowana w każdy inny dzień, w walentynki podwójnie, ale nie dziś. Bo dzisiaj mamy Record Store Day, święto (przede wszystkim) niezależnych sklepów muzycznych. Czyli w Polsce, niestety, radosne jak święto zmarłych i wprost przeciwnie popularne. W założeniach jest to dzień, który jednoczy fanów, artystów, niezależne sklepiki i wytwórnie na całym świecie w romantycznej walce o ocalenie małych sklepów z muzyką. Idea równie piękna i szczytna, co skazana na porażkę.
Ale to święto ma też drugie oblicze. To wielkie święto analogów i właśnie im poświęcę ten tekst, bo

JEŚLI KOCHASZ MUZYKĘ W XXI WIEKU
WIESZ ŻE WINYL TO NAJLEPSZA RZECZ NA ŚWIECIE

Jeśli kochasz muzykę (to jest moment, w którym przyjmuję kilka założeń. Wiem, że jeśli złapiesz mnie na tym, że któreś z nich cię nie dotyczy, uznasz się za osobę wyjątkową i postanowisz podzielić się tym w komentarzu. Jak sobie życzysz, ale weź pod uwagę, że możesz zwyczajnie nie kochać muzyki albo nie żyć w XXI wieku), korzystasz ze Spotify albo któregoś z konkurencyjnych serwisów streamujących. Może płacisz dwie dyszki (jeżu, jak mało) miesięcznie za nieograniczony dostęp do muzyki, może korzystasz z darmowego planu. Ale masz romantyczną duszę, bo jeśli kochasz muzykę, to masz taką na pewno, i czujesz, że to za mało. że stream daje ci dostęp do muzyki, zamiast dać ci muzykę na własność. A właśnie tak chcesz ją mieć, na wyłączność. Bo ją kochasz. Jakie masz opcje?
Kupić mp3? No przecież już masz streama, nie potrzebujesz kolejnych wirtualnych cyferek, których ciężaru nie możesz poczuć w dłoni.
Kupić CD? Przecież to kolejne bezduszne narzędzie szatana, o śmiesznie niskiej żywotności, której nie jesteś w stanie w żaden sposób wydłużyć. Nawet do samochodu się nie nadaje.
Kaseta? Ja przepraszam, ale jesteś jakimś pieprzonym hipsterem?

Nie. Jedyną właściwą odpowiedzią jest winyl, najcudowniejsza forma muzycznego snobizmu. Piękna na tak wiele sposobów, że każdy znajdzie właściwy dla siebie.


Niektórzy twierdzą, że najważniejsze w winylach jest ich brzmienie. że jest prawdziwsze, żywsze, pełniejsze niż to pochodzące z bezdusznych płyt CD i niematerialnych skompresowanych mp3. Może mają rację. Dla mnie brzmienie jest kwestią drugorzędną. A właściwie czwartorzędną, bo istnieją dokładnie

TRZY POWODY
DLA KTÓRYCH WINYLE SĄ TAK CUDOWNE

1. Pierwszy powód jest, moim zdaniem, najbardziej seksowny i romantyczny. Muzyka na winylach jest. Naprawdę. Dosłownie. W sensie fizycznym. Możesz przejechać po płycie opuszkiem palca i ją poczuć. Dotknąć muzyki. Możesz wziąć jednorazowy kubek, przebić jego dno igłą, czubkiem tej igły jechać wzdłuż rowków i usłyszeć muzykę. Nie mówię, że masz to robić, to jeden ze świetnych pomysłów z “Kaczora Donalda”, które były drukowane tam tylko po to, żeby rodzice znienawidzili swoje dzieci, ale możesz to zrobić. Analog to najbardziej namacalna forma zapisu muzyki, i to czyni go tak pięknym.

2. Słuchanie muzyki na winylu wymaga pewnego skupienia. Nie jest to najwłaściwsze słowo, ale nie mogę znaleźć lepszego. Poświęcenia? Winyl to nie playlista złożona z pierdyliarda utworów. Nie będzie leciał w nieskończoność. Wymaga od ciebie pewnego zaangażowania. Po kilku utworach musisz wstać, unieść igłę, odwrócić płytę na drugą stronę lub zmienić ją na inną, umieścić na powrót igłę we właściwym miejscu. Dlatego uwielbiam przy nich zasypiać. Mam świadomość, że jeśli nie zasnę w ciągu najbliższych piosenek, będę musiał wstać, żeby móc słuchać dalej. Zawsze zasypiam we właściwym momencie, czyli momencie, kiedy wiem, że już dalej nie chcę słuchać.

3. No i sposób, w jaki zmienia się odbiór muzyki. Słuchasz jej jako całości. Nie ma prostego sposobu, żeby jednym przyciskiem przeskoczyć nielubiany numer. Nie włączysz szuflowania, nie zapętlisz jednego utworu. Słuchasz go tak, jak chcieli tego twórcy. Po kolei. W całości.
I wreszcie po trzecie. Winyle są piękne. Są duże, więc jakie są ich okładki? Są duże. Kilkukrotnie większe niż pudełka od płyt CD. Dopiero w tym rozmiarze widać piękno niektórych okładkowych grafik. W tym rozmiarze przestają być pocztówką, a stają się sztuką. I częścią całości.
Ale opakowanie to nie wszystko. Same winyle to nie tylko czarne krążki. Mogą być kolorowe, mogą być przejrzyste, ale mogą być też picture discami. Same w sobie być obrazem.

Nie zaciągniesz laski do domu, mówiąc: “Chodź, pokażę ci moją kolekcję empetrójek”, za to pierwsze takty puszczonego na winylu “The Spy” mają moc ściągania majtek.

A najlepsze jest to, że to idealny czas, żeby zacząć przygodę z winylami. Sprzęt i płyty są relatywnie tanie. W antykwariatach i na jarmarkach można upolować fajne albumy nawet za piątaka. To samo na Allegro. Jeśli nie boli cię wspieranie złych dużych (mnie nie boli), to w księgarniach i marketach potrafią kosztować tyle co płyta CD, oferując znacznie więcej (często dołączane są kody na mp3 w wysokiej jakości, plakaty, czasem CD). Winyle wracają do łask i każda ważniejsza nowość ląduje na krążku.

A dlaczego piszę o tym właśnie w Record Store Day? Dzisiaj do sklepów trafi masa świetnych albumów wydanych właśnie z tej okazji. Płyta ze zdjęcia tytułowego to mój ubiegłoroczny nabytek. Wtedy mogłem pozwolić sobie tylko na jedną płytę, ale wybór był oczywisty. Wznowienie “Weird Scenes Inside the Gold Mine”. Dwa stuosiemdziesięciogramowe krążki w kolorze bursztynu. 22 utwory, a wśród nich najseksowniejsze piosenki, jakie kiedykolwiek zostały nagrane.
W tym roku wybór jest zbyt bogaty, a ja piszę ten tekst tylko dlatego, że nie stać mnie na wszystko, co chciałbym kupić. Próbuję nie myśleć i skupić się na czymś innym.
I współuzależnić kilka osób. W grupie raźniej.