Nie warto walczyć o miłość


Wśród maili, które do mnie wysyłacie, jest jeden temat, który pojawia się najczęściej. Wprawdzie najwięcej radości dają hejty, oferty matrymonialne i propozycje karmienia nas (które wrzucamy do tego samego archiwum, co oferty matrymonialne, i przechowujemy, żeby mieć czym palić w piecu w zimne wieczory, kiedy zapomnimy uregulować rachunek za gaz w terminie), ale ilościowo nie są w stanie nawet zbliżyć się do liczby maili, które w tytule mają “miłość” (wymienne na “pomocy” i “mój facet…”).

Niestety, źle celujecie. Bo czym innym jest zdawanie relacji z kochania, które odbywa się na fanpage’u, a czym innym wykładanie teorii miłości i doradzanie innym. To temat na tyle trudny, że nie jest łatwo rozmawiać o tym z przyjacielem lub partnerem, a co dopiero pisać o tym na blogu. Stworzenie tekstu, który trafi do większej liczby osób, wymaga uogólniania, o co ktoś się zawsze oczywiście przyczepi. Wypuszczenie takiego tekstu niesie za sobą duże ryzyko wystawienia się na śmieszność. No i, jak mawiał klasyk, “nie lubię wielkich słów, a nie używając wielkich słów, nie da się tego opisać”.

Skoro więc jest tyle świetnych powodów, żeby o tym nie pisać, to dlaczego by o tym nie napisać?

Jeśli myślicie, że to kolejny tekst, w którym zaczynam od przewrotnej tezy tylko po to, żeby ją zaraz odwrócić, to nie macie racji. Tytuł zawiera wszystko to, co chcę wam dzisiaj powiedzieć. Jeśli jest jedna rzecz, którą na temat miłości wiem na pewno, to to, że nie warto o nią walczyć. Chociaż nie wiem, czy "warto" jest w tym wypadku najtrafniejszym słowem. Nie powinno się? Nie należy?

Możecie nazywać to uczuciowym konformizmem. Bardzo możliwe, że właśnie tak ja będę nazywał to od tej chwili. Jeszcze prawdopodobniejsze jest, że znajdą się wśród was fanki uczuciowych szarpanin, wielkich dramatów i wszelkich form sercowych przepychanek, które stwierdzą, że chuja wiem o miłości. Że miłość ma niejedno oblicze i niejedną definicję. Odpowiedzieć im mogę tylko w jeden sposób.
Chuja prawda.

Walczyć można by z przeciwnościami, ale nie oszukujmy się. Większość z nas nie żyje w szesnastowiecznej Weronie. Nie pochodzimy ze zwaśnionych rodów. Prawie nikt już nie pamięta, czym jest mezalians. W dobie Internetu, Pendolino i tanich linii lotniczych odległość przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

Walczyć można by z jakimkolwiek czynnikiem zewnętrznym, ale nie oszukujmy się. Dokładna analiza wszystkich maili, które wylądowały w folderze listydoredakcji/związki, wykazała, że 0/10 czytelników ma jakikolwiek problem z zazdrosnymi ex, nieakceptującymi rodzicami, nietolerancyjnym kotem czy inną trzecią stroną.
Wszyscy szarpią się ze sobą.
Nie warto.
Nie ma po co.
To nie jest kochanie.

Osoba, którą kochasz, jest ostatnią osobą, z którą powinieneś o coś walczyć. Coś we mnie umiera za każdym razem, kiedy czytam o podchodach, gierkach i manipulacjach. Wmanipulować partnera można w zjedzenie obiadu w KFC zamiast w domu pomimo diety, a nie w pieprzone zaręczyny. Wojna płci dotyczy tylko singli. Kiedy jesteście w związku, stajecie się drużyną i powinniście grać do jednej bramki. Kiedy przestajecie grać do jednej bramki, nadszedł czas, by powiedzieć sobie ‘papa’.

Tylko nie myślcie, że to, co piszę, jest zachętą do lenistwa. Uczuciowy konformizm jest konformizmem delikatnym. I na pewno nie ma nic wspólnego z uczuciowym nihilizmem. Nad związkiem trzeba pracować, że rzucę sobie jeszcze jednym banałem w tej pełnej frazesów notce. Trzeba ze sobą rozmawiać. Trzeba się starać. I trzeba to robić, do jasnej cholery, razem. Więc zanim napiszesz do mnie jeszcze jedną wiadomość z prośbą o pomoc, a zaraz potem następną ponaglającą, przeczytaj jeszcze raz ten tekst.

I wbijcie sobie do głowy, że jeśli:



To może, najzwyczajniej w świecie, nie powinniście być razem.
Powiedzcie sobie “cześć” i idźcie szukać dalej.
Chyba, że tak lubicie, ale mnie w to nie mieszajcie. Nie mam zamiaru nikomu doradzać jak uczynić kiepski związek trochę mniej kiepskim.
Idźcie być smutni gdzie indziej.