10 wystarczająco dobrych powodów, by znienawidzić kino


Mamy z kinem długą historię miłosną. Dłużej niż z kinem romansuję chyba tylko z książkami. I tak jak jestem w stanie z dużą dokładnością określić, kiedy i od jakiej pozycji zaczęło się moje czytelnictwo, tak pierwszego razu z dużym ekranem nie pamiętam wcale. Wiem jednak, że już w podstawówce był to płomienny i dość regularny romans.


Kino w moim mieście, takie typowe polskie kino z zielonymi (masywnymi i podniszczonymi) siedzeniami i lekko pożółkłym ekranem, mieściło się w tym samym budynku, co Dom Kultury. Dom Kultury, do którego trzy razy w tygodniu biegałem z kuzynem na zajęcia pozalekcyjne. Moi rodzice mieli nadzieję, że się trochę kulturalnie ogarnę, jednak nasz nauczyciel muzyki miał inne zdanie. Nie wierzył w mój (wciąż nieodkryty) talent muzyczny i nigdy nie wytrzymał do końca lekcji. Zamiast męczyć nas i siebie, po kilku kwadransach wprowadzał nas na salę kinową w ramach cichej umowy. Wchodzimy na wszystko, bez patrzenia na limity wiekowe, ale przed rodzicami gęby trzymamy na kłódkę. Dzięki temu kilkanaście lat później wciąż nie potrafię grać na gitarze, za to kino z przełomu tysiąclecia mam w małym paluszku. I z tego czasu pochodzi moje pierwsze mocne kinowe wspomnienie. Jurajski Park 2. Wciąż wierzę, że te dinozaury były prawdziwe.

Jednak X muza nie zawsze była łaskawą kochanką. Bywała bardzo niełaskawą. Niełaskawą w porywach do zimnej niewdzięcznej suki. Wiele razy mówiłem sobie, że to ten ostatni raz, że już więcej nie przebaczę. że wezmę sobie do serca słowa wielkiego amerykańskiego biznesmena i milionera Shawna C. Cartera: “Mam 99 problemów, ale suka nie jest jednym z nich”, ale w końcu zawsze na widok jakiegoś plakatu lub trailera miękło mi serce, a twardniało co innego, i wracałem do kasy biletowej na kolanach. Teraz jednak mówię dość. Mam 25 lat, za sobą kilkunastoletni toksyczny związek i oto tworzę, dla siebie i dla was, listę 10 ostatecznych (a na pewno wystarczająco dobrych) powodów, żeby raz na zawsze zerwać z kinem.
Bo to zła kobieta jest.

1. MULTIPLEKSY (zaznaczę w tym miejscu że moja nienawiść skupia się głównie na Heliosie, ale tylko dlatego, że obok półambitnego kina studyjnego jest jedynym kinem w Olsztynie). To nie jest tak, że jestem wrogiem nowego. Nie tęskniłbym za starymi kinami, gdyby nie to, że nowe są po prostu gorsze. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz wyszedłem z kina bez obolałej dupy. Siedzenia wymieniają na coraz nowocześniejsze, coraz ładniejsze i coraz mniej wygodne. Czekam na moment, kiedy zaczną ograniczać miejsce na nogi. Poza tym w multipleksach jest za dużo sal, co oznacza zbyt wiele seansów na raz. To, w połączeniu z moim upośledzonym aparatem decyzyjnym i ograniczoną zasobnością portfela, sprawia, że nigdy nie mogę się zdecydować, co chcę zobaczyć, i zawsze spóźniam się na seans.
2. Co i tak nie ma żadnego znaczenia, bo punkt drugi to REKLAMY. Nie da się spóźnić na film. Reklamy trwają tyle, że mogę kazać K zacząć się szykować na 5 minut przed seansem, pół godziny szukać miejsca parkingowego, a i tak zdążę obejrzeć kilka reklam. Na przykład Chińczyka tańczącego ku czci mrożonej herbaty. Zajebiście.

3. Ale i tak nie mogę się spóźnić i przyjść na ostatnią chwilę, bo kolejny punkt to BILETY. Nawet nie sama ich cena. Już pogodziłem się, że wyjście do kina we dwoje to wydatek rzędu kilkudziesięciu złotych. Tak w górnej granicy kilkudziesięciu. Zdecydowanie gorsza jest rezerwacja biletów. A raczej ich odbiór. 30 minut przed seansem? Trzydzieści? Żeby obejrzeć dwugodzinny film, muszę zmarnować dodatkowe pół godziny, żeby zdążyć odebrać bilet, i kolejne trzydzieści na oglądaniu reklam. I jeszcze z pół na szukanie miejsca na parkingu. Nagle z szybkiej wycieczki do kina robią się 4 godziny, z których przy odrobinie szczęścia tylko 2 nie będą zmarnowane, bo...

4. ...TRAILERY. Oczywiście, oprócz reklam przed filmem czeka nas jeszcze seria zapowiedzi. Gorszych, lepszych, naprawdę świetnych. Czasami tak naprawdę świetnych, że przychodzisz później na film i okazuje się, że wszystko, co było warte zobaczenia, już widziałeś. Ładnie pocięte do trzech minut efektownego teledysku, bo…

5. ...FILMY SA DO BANI. Nie wszystkie, ale coraz więcej. Z roku na rok coraz rzadziej opuszczam kino z opadniętą szczęką. Ja nie oczekuję wiele. Tak jak kobietę, mogę pokochać film za tylko jeden detal, ale na bogów, niech chociaż da mi szansę. Niech ma w sobie odrobinę magii albo niech bezlitośnie pierze mnie po pysku, niech sprawia, że zaczynam myśleć albo bezmyślnie się śmiać. Nie chcę po dwóch godzinach wychodzić z sali i na pytanie: “jak było?”, odpowiadać: “no, fajnie”. I to wtedy, kiedy się poszczęści. Przecież gdyby tak wyglądało czyjekolwiek życie seksualne, już dawno skończyłby związek, więc dlaczego ja nie miałbym z tego powodu zerwać z kinem?

6. A NA NAJLEPSZE FILMY JESTEM ZA MŁODY. Nie dlatego, że mnie nie wpuszczą. Dlatego, że nie zdążyłem ich zaliczyć. Nigdy nie doświadczę magii pierwszych seansów “Gwiezdnych Wojen”, “Blade Runnera”, “Ojca Chrzestnego” albo “Ostatniego Mohikanina”. Pewnie przy odrobinie szczęścia trafię na seans jakiejś odświeżonej wersji, który najpewniej okaże się loterią pod tytułem “co tym razem zmienił reżyser”. Film to nie notka na jakimś durnym blogu, żeby go sobie tak po prostu edytować bez konsultacji z fanami. Zaraz za wersjami reżyserskimi idą pod rękę w trójkącie...

7. ...REMAKE’I, SEQUELE i PREQUELE. Niektórzy nigdy nie wiedzą, kiedy dość. Czasami trafia się takie cudo jak “Dredd”, który bije na głowę pierwowzór (a i tak nie doczeka się zasłużonej kontynuacji, bo wszyscy byli zbyt zajęci powtarzaniem: “Stallone był lepszy, jesu, jaki syf”, żeby zauważyć, jak świetny to film). Czasami, znaczy rzadko. Im dalsza część, tym mniejsza szansa na dobre kino, a większa na spotkanie Jar Jar Binksa.

8. EKRANIZACJE. Albo nie możesz się nimi cieszyć, bo są gniotami, albo nie możesz się nimi cieszyć w pełni, bo ktoś stwierdza, że nie masz prawa, bo “książka była lepsza, ignorancie”. W skrajnych przypadkach istnieje ryzyko, że już obrzydzą ci oryginał już na zawsze. Jak “Wiedźmina”. Teraz, po latach, mogę pisać o tym bez przekleństw, ale tylko i wyłącznie dzięki genialnej grze, która odczarowała dla mnie opowiadania i sagę. Wcześniej nie mogłem się do książek zbliżyć na odległość metra, żeby przed oczami nie stanął mi beczkowaty smok, podstarzała Yennefer, Geralt Żebrowski, albo Strzyga wyglądająca jak przerośnięty smerf.

9. KINOWY PĘCHERZ. Jak można mieć udany związek z kobietą, jeśli zaczyna chcieć ci się sikać, kiedy tylko w niej jesteś? Nie da się, a mimo wszystko wciąż wchodzę na salę kinową i zaciskam nogi, mając do wyboru stracić świetną scenę, idąc do toalety, albo resztki godności, lejąc w spodnie. Movie Bladder to poważna sprawa, a nie jakieś tam podśmiechujki. Najprawdopodobniej jest wynikiem wiader napojów gazowanych, nacisku żołądka wypełnionego popcornem na pęcherz i szeleszczenia papierkami przez sąsiadów. Nikt tego jednak nie potwierdził i nie ma na to lekarstwa. Można tylko minimalizować straty, na przykład korzystając ze specjalnej appki pokazującej, które momenty w filmie są na tyle nudne, że można wyjść do toalety.

10. BUCE. Pełno ich na salach, a każdy inny. Gada z kimś. Gada przez telefon albo siedzi na fejsie, świecąc innym smartfonem po oczach. Nazywa cię bucem, bo świecisz innym smartfonem po oczach, próbując sprawdzić w specjalnej appce, czy możesz iść się wysikać. Opiera ci buty nad głową. Przyprowadził dziecko do kina i nie potrafi nad nim zapanować. Buców ci dostatek i nie sposób ich wszystkich opisać, bo kino to niewybredna kochanka, która pójdzie z każdym, kto jest gotów zapłacić.

Tytułowa 10 już się skończyła, ale powody wcale nie. Spokojnie możecie poszerzyć listę o własne. Ten tekst będzie miał jeszcze drugą część, ale nie martwcie się, nie zamierzam już dalej wyliczać. Wszystko miało zawrzeć się w jednej notce, niestety, niebezpiecznie zbliżyliśmy się do granicy trzech stron i na bank wszyscy już pozasypiali. Do zobaczenia jutro. Spodziewajcie się fabularnego twista godnego “Twistera”.

Etykiety: ,