Z szafy na barykady


Miałem sen, iż pewnego dnia moje dzieci będą żyły wśród narodu, w którym ludzi nie osądza się... Nie, dobra. Nie jestem jakimś naiwnym mocno opalonym wąsaczem, żeby mieć tak nierealne marzenia senne. Miałem sen straszny. Obudziłem się z niego zlany potem, a moje serce waliło jak opętane. 

Śniło mi się, że byłem szafiarką.

Jest mi trudno wyobrazić sobie sen straszniejszy. Nic nie przeraża mnie bardziej niż ostracyzm. A nie ma chyba drugiej takiej grupy, wokół której, zupełnie niesłusznie, panowałaby ostatnio taka atmosfera niechęci lub wrogości. To znaczy, nie oszukujmy, nie ma w Polsce grupy, wokół której taka atmosfera by nie panowała, wszyscy z radością się nienawidzimy, ale szafiarkom obrywa się ostatnio wyjątkowo. Już nawet geje i żydzi tak w tym kraju nie dostają po łbach.

A dlaczego? No na przykład dlatego, że są młode. Albo lubią ubrania. Mają czelność na tym zarabiać, dobrze się bawiąc, chociaż wszyscy wiemy, że praca w Polsce musi być ciężka. Nienawidzą ich pudelki, inni zawistni blogerzy i Karolina Korwin Piotrowska. Ta ostatnia głównie za to, że podobno nie zasługują na ten status. No cóż, święte prawo do własnego zdania osoby, która swój status dziennikarki i celebrytki wywalczyła… Ach tak, krytykowaniem wszystkiego. Taki typowy Korwin, tylko mniej zabawny. Ale teraz obrywa się szafiarkom jak jeszcze nigdy, bo te bezczelne małe pipki miały czelność zinterpretować powstanie po swojemu.

Bo album rockowy inspirowany powstaniem jest ok. I klocki. I patriotyczne ubrania. Komiksy też możemy przełknąć. Ba, nawet grę komputerową. Ale jak te małe idiotki śmią się ubierać w stroje z epoki i twierdzić, że ma to coś wspólnego z powstaniem? Powiem wam, jak.

Bo bohaterki powstania były takimi właśnie zwykłymi dziewczynami. Dziewczynami, które wolałyby strzelać sobie samojebki na Instagrama. Szyć sobie nową kieckę, zamiast i tak beznadziejnej rany tego słodkiego ciacha, które mieszkało kiedyś w kamienicy naprzeciwko, a teraz będzie gryzło piach. Stracić niewinność na nadwiślańskiej plaży, a nie bezpowrotnie stracić dzieciństwo na pełnych krwi ulicach Warszawy.

Dlatego nie próbujcie wmówić mi, że te dziewczyny zrobiły coś złego. Może źle zinterpretowały hasło “w sukienkach na barykady”. Może te stylizacje nie były najlepsze. Jakie to ma znaczenie? Liczy się, że w ogóle o tym pamiętają, że przeżywają to w jakiś tam sposób, po swojemu, na tyle, na ile pozwalają im ich obszary doświadczeń. Są takie, jakie są, bo żyją w strefie komfortu. Czy nie o to w tamtych dniach walczono? O prawo do wolnego życia, w wolnym kraju?

Wiem, że jesteście przekonani o swojej nieomylności i prawie do ferowania wyroków. Ale może w tym wypadku dajmy sobie spokój. Niech każdy przeżyje te dni po swojemu. Na smutno, jeśli uważasz to za właściwe. Po amerykańsku, z fajerwerkiem. Przypnij sobie coś na piersi, nałóż koszulkę. Wyjedź z miasta albo wyłącz telewizor, jeśli masz tego tematu dość. A jej pozwól ubrać się tak, jak ubrałaby się jej prababcia. Może przez chwilę pomyśli o tym, jak się wtedy czuła. Może nawet przez chwilę poczuje wdzięczność, że w czterdziestym czwartym zakrwawiła sobie sukienkę za jej samojebki.

Etykiety: , , ,