Nie chce mi się z wami biegać


Na początku ustalmy, że to nie jest notka hejtująca bieganie. Nie przeszkadza mi to, że ktoś biega. Bo niby dlaczego miałoby przeszkadzać? Ba. Podobno bieganie jest zdrowe, więc niech sobie biegają. Ja nie mam zamiaru i zaraz, czysto subiektywnie, absolutnie osobiście, próbując nikogo nie urazić, powiem wam, dlaczego. Poza tym, że nie umiem, a nauczenie się wygląda na ciężką pracę.

No i samo bieganie wydaje mi się męczące. Nie wiem jak wy, ale ja ani za niczym nie muszę gonić, ani przed niczym uciekać. Raz próbowałem przetestować apkę Zombies, Run!, ale po paru metrach w lesie, kiedy usłyszałem, że zombie się zbliżają, po prostu stanąłem i wziąłem do łapy kij. Po sekundzie zdałem sobie sprawę z idiotyzmu sytuacji, wyrzuciłem kijek, otrzepałem ręce i wróciłem do domu. O ile lubię sobie czasem potruchtać po lesie z karabinkiem paintballowym, a przy odrobinie dobrej woli jestem w stanie zrozumieć tych, którzy lubią uganiać się za piłką, to nigdy nie zrozumiem biegania dla samego biegania.

Poza tym, no sorry, ale polscy biegacze są odrobinę opóźnieni. Na boga, ludzie, bieganie było modne w… Borze, jeszcze zanim Lewinski zrobiła laskę Clintonowi. Rozumiecie? Większość z was nie pamięta kim byli, tak dawno temu. No i wtedy chodziło o bieganie, a nie o zaśmiecanie tablic znajomych zrzutami z endomondo. Jestem przekonany, że ten powrót mody na bieganie to spisek międzynarodowych koncernów. Wystarczy wpisać w googlach hasło “jak zacząć biegać” i można złapać się za głowę. To zaskakujące, że do tak prostej rzeczy jak bieganie potrzeba tylu drogich rzeczy. Dobre buty, nieobcierające stópek skarpetki, nieobcierające jajeczek/cipeczki/cokolwiektammasz majteczki, oddychająca koszuleczka. Bez tego podobno nie da się biegać. Strasznie dużo zachodu, jak na szybsze przebieranie nogami.

Jednak najważniejszy powód to powód duchowy. Widzicie, ja cierpię na wrodzoną niechęć do sekt, klik, społeczności i wszystkiego, co wymaga identyfikowania się z jakąkolwiek grupą. A bieganie tchnie mi sekciarstwem. Ci, którzy zaczęli, przestają być Ewami i Adamami. Zdają się żyć tylko w jednym celu. Tak jak te wszystkie kato-taliby, których facebookowe tablice każdego dnia wypełniają złe owsiaki, jeszcze gorsze invitra i powodujące choroby i orgazmy jogi. Albo skrajne lewaki z tymi wszystkimi tęczami, równościami, feminizmami. Albo te koleżanki, ciężarne i pociężarne, które przestały już być osobą. Teraz są sobą i dzieckiem, nierozłącznie. “Zjedliśmy dzisiaj pyszny obiadek”, “zrobiliśmy taką zdrową kupkę”, “stęsknieni czekamy na tatusia”. No i biegacze. Biec. Pokazać wszystkim, że biegam. Sekta na sekcie i sektą pogania. Wybrają sobie/ktoś im wybiera kult i od tego dnia, całe swoje życie poświęcają, żeby przekonać siebie i innych, że to był dobry, wręcz jedyny możliwy wybór. Nowożeńcy i młode matki zawsze mówią, że “teraz wasza kolej”. Lewaki i katole zwalają na siebie nawzajem winę za całe zło świata. A biegacze… no cóż, biegacze mówią o bieganiu. I wszyscy oni twierdzą, że twoje życie stanie się lepsze i pełniejsze, kiedy już znajdziesz się po ich stronie.

Dlatego jeśli biegasz, biegaj na zdrowie. Ta notka nie była wymierzona w Ciebie. Trzymam kciuki za przyszłe sukcesy. Wegetarianinie, nie jedz mięsa. Niepalący - nie pal. Żyjcie jak sobie tylko chcecie. Tylko trochę wyluzujcie i dajcie żyć innym.