Na wagary!


Jestem wielkim fanem wagarów. Gdzieś tak od liceum. Zdarzało mi się już wcześniej, ale ich prawdziwą wartość poznałem właśnie wtedy. I poznawałem bardzo intensywnie i z wielkim zapałem. Może nie na tyle intensywnie, żeby wylecieć ze szkoły, ale prawie. Lata mijały, liceum się skończyło, przyszły i minęły studia, a ja wciąż byłem wagarowiczem. I ani myślę z tym kończyć. Bo wbrew temu, co myślisz w młodości, z wagarami jest jak z seksem.
Im jesteś starszy, tym są lepsze.

Bo fajna jest świeżość pierwszych razów i radość z nowych doświadczeń. To coś, o co trzeba dbać, bo moment, kiedy tracimy zdolność do gówniarskiego zachwytu, jest momentem, w którym zaczyna się starość. Ale nie oszukujmy się, doświadczenie jest ważne. Przyjemności też się trzeba nauczyć. Poza tym wagary zyskują z czasem, bo smakują tym bardziej, im więcej obowiązków beztrosko w ich trakcie zlewasz.
Ja, jako osoba doświadczona, nauczę cię dzisiaj sztuki dojrzałego wagarowania. Całkowicie za darmo.

Wagary powinny być spontaniczne. Nie muszą, ale planowanie odbiera im odrobinę uroku. Dlatego ważnym jest posiadanie szefa człowieka. Albo żelaznych jaj i umiejętności wstawiania porządnej ściemy. Bycie sobie szefem też jest jakimś rozwiązaniem. W każdym razie nie powinno się planować wagarów zbyt długo. Dzień wcześniej jest ok, jednak ich urok tym większy, im później się na nie zdecydujesz.

Ważny jest też dzień. Pogoda i termin nie mają znaczenia. Oczywiście, najlepiej smakują wiosną, ale tak naprawdę udane wagary można przeżyć nawet w środku stycznia. Ważne, żeby to był normalny pracujący dzień. Tylko wredna satysfakcja z tego, że inni harują, pozwoli w pełni doświadczyć radości nicnierobienia, robienia nic albo robienia wszystkiego, oprócz tego, co robić się powinno. To kolejna przewaga dorosłego wagarowania. Mamy na nie całe dwa miesiące (słoneczne miesiące!) więcej niż młodzież ucząca się. Co z tego, że gówniarze mają wakacje. Wakacje są jak wesela, sylwester i cała reszta życiowych eventów, kiedy odczuwasz przymus dobrej zabawy i przez to nic z nich nie wychodzi. Oni latem muszą odpoczywać. My nie musimy. Wagary mamy. Nic nie musimy.

Ważne jest miejsce. Wagary nie mogą odbywać się w domu. W domu zawsze jest coś do zrobienia. Nawet jeśli masz wystarczająco dużo samozaparcia, żeby tego nie zrobić, to przez cały czas będzie nad tobą wisiało. Nawet ja nie mogę wagarować w domu, mimo że mieszkam w miejscu stworzonym do wypoczynku i błogiego lenistwa. Wagary powinny mieć smak (albo chociaż posmak) przygody. Trzeba się ruszyć, żeby usłyszeć, o czym wieje wiatr. Mam znajomych, którzy regularnie urywają się z pracy, żeby spotkać się w kinie na tanich przedpołudniowych seansach. Niezły pomysł, chociaż ja preferuję świeże powietrze. Możliwe, że masz samochód. Albo rower. Pociąg. Cokolwiek. Dobrze, tylko pamiętaj, żeby nie przesadzić z odległością. Godzina drogi to max. Podróż jest fajna, ale nie może zdominować wagarów. Nie ma sensu martwić się tym, że masz za mało czasu na całe to nic, które masz zamiar zrobić, że utkniesz w korku czy coś.

Pamiętaj, że robienie niczego wcale nie znaczy, że nie możesz robić nic. Możesz nic nie robić, ale jednocześnie możesz porobić coś, nie przerywając nicnierobienia. Zwiedzanie, czytanie, szukanie, kupowanie, wysiłek fizyczny i wszelkie formy aktywności są dopuszczalne, pod warunkiem, że odrywają twoje myśli od tego, co robisz na co dzień. Używki też są dopuszczalne, czasami nawet wskazane, jednak pamiętaj, że są tylko dodatkiem, drogą, a nie celem samym w sobie. Właściwym jest utrzymywanie delikatnego rauszu. Po pierwsze, w razie nakrycia lub wracając do domu, musisz być w stanie udawać osobę, która wcale na wagarach nie jest, osobę dorosłą i odpowiedzialną. Po drugie, bycie nawalonym jest strasznie zajmujące i nie ma absolutnie nic wspólnego z nicnierobieniem.

No i nie zapomnij o towarzystwie. Samotne wagary potrafią wiele wnieść i mają w sobie coś z "Buszującego w zbożu", ale, wybaczcie kolejne seksualne porównanie, lepiej robić to z kimś. Do konspiracji i przygody trzeba co najmniej dwojga. Ale towarzystwo musi być odpowiednie. Nic tak nie psuje wagarów jak marudzenie, bycie starym albo niepotrzebne łapanie ciśnienia. Ja wciąż stawiam na sprawdzonych przyjaciół, z którymi rozpocząłem przygodę z wagarowaniem.
Albo na K.

K, która była prowodyrem jednych z najbardziej udanych wagarów w moim życiu.

- Musisz iść jutro do pracy?
- Namówiłaś mnie. Żagle?
- Nie żagle. Żagle to żagle, trzeba żeglować. Chodź nad morze. Grubas zatankowany, jeszcze nigdy nigdzie nie był. No chodź. Prawdziwe wagary.
- Miałaś moje zainteresowanie, teraz masz pełną uwagę. Gdzie?
- Jak gdzie?
- No gdzie nad morze? Gdańsk?
- Gdziekolwiek. Byle morze.

Stanęło na Krynicy. Bez żadnego planu, po prostu jechaliśmy w stronę morza, a skoro w Nowym Dworze Gdańskim zjechaliśmy do maka na śniadanie, to nie było już sensu wracać na trasę. Pojechaliśmy prosto na mierzeję. I było świetnie.
Może bez taniego alkoholu i szabrowanych owoców, a z dobrym jedzeniem i słodyczami w cenie dobrego obiadu.


Może paczka fajek, zapałki i guma nie kosztują już 5 zł. Może nie wytrzymuję już godzin w wodzie niezależnie od jej temperatury. Nie miało znaczenia to, że K zapomniała torby z kremami do opalania, dokumentami i całą masą plażowych imponderabiliów. Spijałem każdą chwilę, tak jak wtedy, kiedy miałem 15 lat. Problemy się porozwiązywały albo stały zbyt małe, żeby się nimi martwić.
Książka czytana w słońcu na plaży w godzinach pracy smakowała tak, jak żadna książka dawno nie smakowała. I tak bardzo pasowała do tej chwili. Lubię kiedy wszystko do siebie pasuje.


Tak samo jak wata cukrowa i leniwe pocałunki. Tak jak wpadający przez otwarty szyberdach ciepły letni deszcz w drodze powrotnej. Zachodzące słońce odbijające się w lusterku. Tak jak zmęczenie i skóra wysmagana słońcem i wiatrem.


Życzę ci takiego dnia. Życzę ci takiego zmęczenia.
Dobrze być czasem łobuzem.