Pudełka pełne blasku


To żadna nowość, że jak masz coś sprzedać, to trzeba to wszystko najpierw ładnie zapakować. A jak coś trzeba sprzedać kobiecie, to niech opakowanie przy okazji będzie kolorowe. I błyszczące. O tak, sroczki lecą na błyszczące. Dodaj do tego odrobinę duszy, efekt musthave`u i włala. Idealny produkt.

Taki, jak wszelkiego rodzaju świecące boxy. Dla was to żadna nowość, ale ja byłem w ciężkim szoku, że za boxy ktoś płaci. Żyłem w błogim przekonaniu, że to coś, co blogerki otrzymują za free. To znaczy za pisanie o ich zawartości. Brzdęęęk, jednak nie, o czym przekonałem się w bardzo prosty sposób.


Blogerki boxami obdarowywane to tylko wierzchołek, a same pudełka są dostępne w sprzedaży wysyłkowej. Ba, prenumeracie wręcz. I radzą sobie bardzo dobrze.

Pewnie nie zdziwiłoby mnie to w takim stopniu, gdyby nie dwa fakty. Przecież sam z wypiekami na twarzy czekam co miesiąc na nowe zeszyty z kolekcji Marvela. Ba, znam nawet gościa, który dostaje do domu próbki drogich whisky. Tylko że wy kupujecie przesyłkę reklamową. Płacicie za ładnie zapakowane próbki. No, sorry, ale moje pojęcie troszkę to przechodzi.
Troszkę, bo jeszcze piękniejszy jest fakt, że nawet jeśli któraś za boxa płaci, to o tym nie mówi. Trochę jak u Palahniuka. “Pierwsza zasada glossy boxa, nie mówimy o hajsie za glossy boxa”. “Dostałam shinyboxa”, “Mam już nowe glossy”. Nigdy “kupiłam styczniowego boxa”. Bo to coś, co wypada mieć. A raczej dostać. Coś, co świadczy o statusie w świecie kosmetycznej blogosfery.

Oczywiście piszę to wszystko z zazdrości. Nie tylko dlatego, że nikt mnie jeszcze nie poprosił  o stworzenie własnego boxa. Ba, nikt nawet nie wpadł na to, żeby wysyłać kosmetyki dla K. Zaoszczędziłaby trochę. Częściej robiła mi steki... Zazdrość tak naprawdę ogarnęła mnie, kiedy poznałem zawartość pudełka skomponowanego przez Kasię Tusk. Tak bardzo zależy mi na próbce lakieru do włosów. Drogeria daleko, z pieniędzmi po świętach krucho, a taką ilością spokojnie ułożyłbym sobie… hmm… Wąsy.

Etykiety: , , , , ,