Sales are coming

Wielkimi krokami zbliża się czas wyprzedaży, a wy nie dajecie mi o tym zapomnieć. W tym roku postanowiłem się jednak należycie przygotować.  Co rano w ramach treningu biegam wokół domu z pełnymi siatkami, z psem ćwiczę wyszarpywanie sobie ubrań, a kiedy widzę jakąś kolejkę wpycham się w nią, żeby nie wyjść z wprawy. Wprawdzie mógłbym bez problemu się wykręcić z zakupów, ale jedyną rzeczą, która przeraża mnie bardziej niż one, jest myśl o puszczeniu tam K samej.


Bo w kwestii zakupów to my się bardzo różnimy. Ja jestem z tych, którzy wolą zamówić przez Internet. Dla K byłoby to jednak zbyt proste. Mi wystarczą jedne porządne zakupy na rok, K woli dawkować sobie przyjemność. Ale cierpliwie za nią chodzę, słucham, patrzę. Doradzam i odradzam. A później noszę. I staram się nie narzekać. Może nie mam takiej siły przebicia jak blogerki modowe, ale parę razy udało mi się ją odwieść od pomysłów kiepskich (kto wymyślił baskinki?), albo namówić na coś, co okazało się strzałem w 10.
Moim największym sukcesem pozostaje przekonanie jej do noszenia sukienek na co dzień. Nie było łatwo, ale dzięki temu nauczyłem się lepiej rozmawiać z kobietami. Teraz już wiem, że strzałem w stopę było bezpośrednie porównanie.

- Zobacz kochanie, jak ona ładnie wygląda w tej sukience.
- To się z nią umów. Chuju.

Ale wystarczyła tylko odrobina chytrości i lekko obojętny ton podczas wieczornego seansu:

- Wiesz kochanie, jesteś podobna do Charlize w tym filmie.
- No coś Ty – piękny rumieniec. Trafiłem.
- Ale założę się, że w tej sukience wyglądałabyś sto razy lepiej niż ona.

Bingo. Chociaż w ostatecznym rozrachunku wyszło, że lepiej niż manipulacje podziałały sprezentowane sukienki. Była taka jedna z Orsaya, którą K pokochała od pierwszego wejrzenia. Zapisałem ją sobie na liście gwiazdkowych prezentów i zapomniałem. Nikt nas nie uczył, że kolekcje w sklepach się zmieniają. Kiedy po miesiącu po nią wróciłem z całej ściany sukienek zostały nędzne resztki. I jedna we właściwym rozmiarze. Przypadkiem przy kasie trafiłem na koleżankę ze studiów.

- Ty to dla K?
- Nooo. Prawda, że jestem najlepszy? – odpowiedziałem z najszczerszą dumą i samozadowoleniem.
- A co zamierzasz zrobić z tymi plamami od podkładu, jełopie?

Szczęście, że to dobra koleżanka była, ściągnęła odpowiednią skądśtam. W jeden dzień. Czary. Jeszcze większą magią są te plamy. Nie zostawiacie ich na swoich ubraniach, ale egzemplarze sklepowe oznaczacie z pasją wartą lepszej sprawy.

Innym razem K zachorowała na sukienkę z denimu. Mieliśmy jechać na żagle, więc „Och, kochanie, pomyśl, jak ładnie będę wyglądała w porcie! Będzie lans w Mikołajkach.” słyszałem codziennie. Ale tej wymarzonej i idealnej znaleźć nie mogła. Z pomocą przyszło allegro. 5 minut i licytuję kawałek jeansu od Henriego Lloyda. Za 1/10 ceny. Kocham allegro. Mogę zostać bohaterem swojej kobiety nie wstając z krzesła.

Niestety rozbudzona w K pasja do sukienek ma swoje mroczne strony. Nie wiem jak wy, ale zarówno Ona, jak i moja siostra, kochają Bershkę. Bo niby tanio i niby ładnie. I niby fajnie, tylko Bershki u nas nie uświadczysz co najmniej do końca 2014 roku. Na co dzień nie stanowi to problemu, ale kiedy nadchodzą wyprzedaże wszystko się zmienia. W ubiegłym roku jechaliśmy do Gdańska specjalnie po „boże taka śliczna i miętowa i w konie!”. Ale nie będę przecież narzekał. Sukienka ładna, a wyjazd zamienił się w jeden z najlepszych weekendów w życiu.


Oszukuję się codziennie, że tegorocznych wyprzedaży nie muszę się bać. Przecież ma wszystko. Ale kiedy tylko zaczynam w to wierzyć, słyszę gdzieś za plecami „przydałyby mi się sandałki na słupku”. A zaraz później sakramentalne „Nie mam co na siebie włożyć. Muszę kupić koszulę. Jeansową! Cieniowaną.”.

Etykiety: , , , , ,